Zwarcie między Stanami Zjednoczonymi i Wenezuelą. Konfrontacja Północy z Południem oraz Chin z Zachodem

Zwarcie między Stanami Zjednoczonymi i Wenezuelą. Konfrontacja Północy z Południem oraz Chin z Zachodem

Krzysztof Kubiak

 

Kryzys pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Wenezuelą, który przybrał już formę konfliktu zbrojnego o niskiej intensywności, przedstawiany jest przez większość komentariatu (zwłaszcza europejskiego) w antytrumpowski sposób. To tylko „awantury i wybryki prezydenta Ameryki” zdają się krzyczeć nagłówki. Tymczasem sprawa jest znacznie poważniejsza. Konflikt tkwi bowiem głęboko w historii Nowego Świata oraz obecnej kondycji Ameryki Południowej. Jest również spleciony z jak najbardziej aktualną rywalizacją Północy z Południem oraz aspiracjami Chińskiej Republiki Ludowej do zajęcia pozycji drugiego bieguna w światowym układzie sił, a z czasem zapewne jedynego globalnego supermocarstwa. W obu przypadkach oznacza to detronizację Stanów Zjednoczonych. Prezydent Donald Trump podjął próbę zmierzenia się z bardzo złożonym wyzwaniem poprzez selektywne użycie siły wojskowej. Czy wybrany przez niego sposób działania to coś więcej niż doraźna reakcja i czy kolejna odsłona amerykańskiego hegemonizmu przyniesie jakiekolwiek pozytywne rezultaty? Pozostaje to oczywiście sprawą otwartą. Tym niemniej zagrożenia dla USA, które przez dekady zbierały się na północ od Rio Grande, w żadnym stopniu nie można lekceważyć. Co więcej, dotyczą one (choć w innej formie) całej Północy. Z kolei dla Europy Środkowej i Polski kluczowy jest bezpośredni związek między rosnącym zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych w Ameryce Południowej i basenie Pacyfiku, a spadkiem znaczenia naszego regionu dla północnoamerykańskiego mocarstwa.

Ameryka Iberyjska i jej problemy

Znakomita większość Ameryki Południowej i Środkowej znalazła się po wielkich odkryciach geograficznych pod władzą Hiszpanii. Na kontynencie jedynym wyjątkiem była Brazylia, która przypadła Portugalii oraz brytyjskie, francuskie i holenderskie skrawki Gujany. Na Karaibach po kilka wysp opanowali Brytyjczycy, Francuzi, Holendrzy, a nawet Duńczycy. Imperium hiszpańskie zaczęło kruszyć się w czasie rewolucji francuskiej. Ostateczne ciosy na północy i zachodzie Ameryki Południowej zadała mu rebelia (rewolucja) kierowana przez Simona Bolivara. W wybiciu się na niepodległość Argentyny kluczową rolę odegrałJosé de San Martín.Kiedy Kongres Wiedeński na powrót usiłował „uporządkować” Europę, hiszpańskie imperium południowoamerykańskie w praktyce już nie istniało.

W 1821 roku, po trwającej nieco ponad dekadę wojnie, hiszpańską władzę zrzucił Meksyk (sięgający wówczas dużo dalej na północ, obejmując obecne amerykańskie stany: Kalifornia, Teksas, Arizona oraz Nowy Meksyk). Brazylia ogłosiła niepodległość w 1822 roku. Hiszpanie ostali się, do 1899 roku, na Kubie i Puerto Rico.

Kolejne dekady historii Ameryki Południowej były czasem nieudanych prób federacyjnych i konfederacyjnych, podbojów i aneksji, ale głównie walki różnych frakcji pokolonialnych elit o władzę. Wzorzec był przy tym podobny. Ścierali się przedstawiciele pohiszpańskich warstw posiadających oraz Kreole, pozbawieni w czasach hiszpańskich praw politycznych, a kreujący się na nową elitę. Obie strony przeciągały na swoją stronę „masy ludowe”, mieszaną rasowo biedotę, czarnych niewolników i ich potomków oraz Indian, odgrywających w krainach zachodu kontynentu (na przykład w obecnej Boliwii i Peru) relatywnie dużą rolę. Politycy i polityczni szulerzy, kolejni liberatorzy i caudillo, składali się na stan głębokiego, strukturalnego niemal zamętu oraz przemocy, która stała się normalnym instrumentem rozwiązywania wszelkich problemów. Regułą było również to, że „inni szatani byli tam czynni”. O swoje (czyli swoich elit handlowo-finansowych) zabiegali Brytyjczycy i Francuzi, a później również Amerykanie.

Państwa wyrastające na takim korzeniu (pohiszpański feudalizm z ostrą stratyfikacją społeczną, tradycja spisków i przewrotów, poszukiwania wsparcia za granicą czy dążenie uprzywilejowanych do zachowania swych społecznych przewag) nie zdołały zbudować stabilnych systemów politycznych. Nierozwiązanym problemem pozostaje brak umiejętności, a i woli zbudowania takich systemów redystrybucji bogactwa, które zapewniłyby elementarny choćby consensus społeczny. Są to dalej państwa głęboko „pęknięte”. Elementarna sprawiedliwość społeczna, wyrażająca się choćby równym dostępem do podstawowych usług społecznych, to autentyczna potrzeba mas. Czyni to sytuację permanentnie niestabilną. Tę tykającą bombę usiłowano rozbroić na różne sposoby.

W latach 20. i 30. XX wieku sięgano po wizję antyplutokratycznego, bezklasowego i wodzowskiego państwa socjalnego. Wzorcem były faszystowskie Włochy. Wydawało się, że Italia dynamicznie i skutecznie rozwiązuje problemy drapieżnego kapitalizmu. To Duce stał się natchnieniem dla całej generacji polityków, by wymienić choćby Juana Peróna w Argentynie. Po II wojnie światowej przyszła pora na fascynacje totalitaryzmem komunistycznym. To na tę drogę ostatecznie wkroczył Fidel Castro, ku socjalizmowi komunizującemu dryfował prezydent Chile Salwador Allende, obalony w 1973 roku przez pucz generała Pinocheta, następnie państwo socjalistyczne budować zaczęli w 1979 roku sandiniści Daniela Ortegi w Nikaragui. Po komunistyczną koncepcję brutalnej redystrybucji bogactwa (grabić co zagrabione) sięgnął w Wenezueli Hugo Chávez, proklamując w 1998 roku „rewolucją boliwariańską” (i przyśpieszając ją radykalnie w 2002 roku). Ruch boliwariański miał przy tym dwa zasadnicze koła zamachowe: dążenie do zbudowania „społeczeństwa sprawiedliwego” drogą redystrybucji środków pochodzących głównie z eksportu ropy oraz antyamerykanizm (USA miały stać się egzemplifikacją wszelkich nieszczęść regionu).

Podkreślić należy, że faszyzm i komunizm łączył jeden przynajmniej kluczowy element. Nowe, idealne państwo powstać miało w drodze rewolucji, z charakterystycznymi dla niej elementami, takimi jak polityczna i socjalna przemoc, a nawet terror. Na rozwiązania kompromisowe, oparte o konsensus wymagający negocjacji, nie ma nadmiernie wiele miejsca. Próby ewolucyjnej przebudowy systemu i rozdziału zasobów, jak choćby podejmowane przez prezydenta Brazylii Inácio Lula da Silva (na urzędzie 2003–2010 i ponownie od 2023 roku) przynoszą pewne rezultaty, ale frustrują masy swą powolnością. Niestabilność polityczna i inne defekty strukturalne skutkują relatywnie niskim standardem życia i rozległymi przestrzeniami ubóstwa, co z kolei potęguje czynniki składające się na brak stabilności. Bieda i brak szans rozwoju („szklany sufit” społeczny i socjalny) generują też emigrację i ułatwiają penetrację przestrzeni publicznej przez zorganizowaną przestępczość.

Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 12/2025

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter