Wiemy, że nic nie wiemy...

Wiemy, że nic nie wiemy...

Michał Sitarski

 

10 kwietnia 2026 r. w Bystrzycy Kłodzkiej doszło do zdarzeń, o których usłyszała cała Polska – z legalnie posiadanej broni palnej zastrzelony został człowiek. To, co się działo w kolejnych dniach wiele mówi o współczesnych mediach (wszystkich typów) oraz o naszym społeczeństwie.

Zacznijmy od tego, że o samym zdarzeniu wiemy... prawie nic. Na pewno wiemy dwie rzeczy – to, że uczestniczyły w nim cztery osoby (trzech mężczyzn idących razem oraz strzelający, czyli instruktor strzelania Borys B.) oraz to, że ze wspomnianej trójki jedna osoba nie żyje. Wiemy też, komu i jakie zarzuty stawia prokuratura i gdzie ta osoba obecnie przebywa. Tak naprawdę, stan naszej wiedzy nie różni się za wiele od tego, co było wiadomo w ciągu 48 godzin po samym zdarzeniu...

A po samym zdarzeniu nastąpił istny wysyp informacji, analiz, przypuszczeń, wypowiedzi – wszyscy i wszędzie. Serwisy społecznościowe gotowały się od dyskusji o zdarzeniu, media starały się za wszelką cenę znaleźć jakieś nowe, sensacyjne informacje. You Tube został zasypany filmami dotyczącymi „strzelaniny w Bystrzycy”, ale – o dziwo – jeśli chodzi o polityków, to tylko kilkoro z nich zabrało głos w temacie.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że znakomita większość tych wszystkich wypowiedzi bazowała na jakichś szczątkowych informacjach, domysłach, plotkach i rzekomych przeciekach. Oczywiście potem okazało się, że 90% tych informacji zostało wyssanych z brudnego kciuka – dość wspomnieć, że komunikat prokuratury opublikowany w weekend po zajściu różnił się dość mocno od kolejnego, upublicznionego bodaj we wtorek.

To spowodowało, że duża część wcześniejszych informacji, spekulacji i analiz dotyczących zdarzenia bardzo szybko i bardzo źle się zestarzała. Cebulą na torcie była zaś informacja o danych z protokołu z sekcji zwłok tragicznie zmarłej osobny, która po raz kolejny zmieniła ton narracji medialnej i zmusiła pewne grono osób do połknięcia swojego języka.

W międzyczasie (na chyba drugi dzień po zajściu) koledzy podejrzanego założyli zbiórkę na pomoc prawną dla niego, która na dzień pisania materiału (26 kwietnia 2026) osiągnęła kwotę niemal 470 000 złotych, przy czym nadmienię, że pierwsze 200 000 osiągnięto jakoś w półtora dnia. Bez dwóch zdań – pokazuje to skalę zaangażowania środowiska strzeleckiego i chęć pomocy „swojemu bratu”, choć w miarę wypływania kolejnych informacji zmieniał się zarówno opis samej zrzutki, jak i motywacja wpłacających. Do tego stopnia, że po kilku dniach niewielka część darczyńców miała wątpliwości, co do słuszności wpłaty, a organizatorzy zbiórki umieścili informację, żę jeśli ktoś ma wątpliwości, to zwrócą mu jego wpłatę.

Przez mniej więcej tydzień, może ciut dłużej, zajście z Bystrzycy było wykorzystywane do nabijania klików, wyświetleń, polubień i co tam jeszcze się nabija. Dochodziło do ciekawych sytuacji, w których krótko po zdarzeniu powstawał program na żywo z miejsca zdarzenia, w którym brali udział mieszkańcy miasta, przedstawiciele władz, prawnik oraz jeden z trzech mężczyzn uczestniczących w zdarzeniu. Oglądając program można było odnieść wrażenie, że po kilku minutach narracja się sypnęła, a całość miała wyglądać inaczej. Po wypowiedzi uczestnika zajścia – jak to ktoś idealnie podsumował – szybciej stojącego, niż ja chodzę, z której wynikało, że trzej bogu ducha winni młodzieńcy, lekko podchmieleni (butelka whisky na dwóch), spacerowali sobie po osiedlu coś tam dla animuszu pokrzykując, zostali zaatakowani i ostrzelani przez instruktora z psem. Z relacji naocznego świadka wynikało, że miał on oddać sześć strzałów (w tym jeden ostrzegawczy), a następnie pięć w kierunku biegnącego do niego człowieka, które miały trafić go w klatkę piersiową. Wszystkie, jak jeden, sam świadek to widział, a zespół ratownictwa medycznego z karetki miał to mu potwierdzić. Swoją drogą, warto tej wypowiedzi posłuchać i zastanowić się przez chwilę nad słownictwem i informacjami w niej zawartymi. Potem do głosu doszedł prawnik, który musiał powiedzieć coś nie tak, bo prowadzący szybko zmienił temat i zakończył rozmowę oddając głos mieszkańcom. I tui nastąpił Armagedon, bo zamiast standardowego „to dobry chłopak byłi mało pił, na schodach się kłaniał i dzień dobry mówił” ludzie ci przeszli do skoncentrowanego ataku na świadka i jego środowisko, władze miasta, straż miejską i policję. Burmistrzyni próbowała się bronić, ale mniej więcej tak skutecznie, jak Zanzibar w wojnie z Wielką Brytanią w 1896 roku.

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 9-10/2025

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter