V.B.S.S. – Visit–Board–Search–Seizure, czyli boarding party w Helu

V.B.S.S. – Visit–Board–Search–Seizure, czyli boarding party w Helu

Autor: mr_cultro

 

Jest leniwy, słoneczny dzień. Główną ulicę w Helu zapełniają swobodnie spacerujący turyści, poszukujący ochłody w lodach i zimnych napojach. Gra muzyka, słychać radosne pokrzykiwania dzieci. Jeśli szukać definicji weekendowej beztroski, to ten obrazek z doskonałą pogodą w tle odpowiada jej w pełni.

Parę mil morskich w kierunku Królewca, w tym samym czasie.

Atramentowe fale bałtyckiego morza przecina sztywny kadłub łodzi typu RIB (Rigid Inflatable Boat). Jej napęd to trzy potężne silniki, 350 KM każdy, stworzone nie do leniwych kursów po zalewach czy jeziorach – ich żywioł to kapryśne morze. I to teraz dzięki nim dziób „łódki”, prowadzonej pewną ręką sternika w stronę celu – średniej wielkości statku wycieczkowego, wyskakuje na dobre 1,5 metra w górę.

M/S Ocean wysłał sygnał mayday, a następnie zerwał łączność. Zamilkł także jego nadajnik AIS (Automatic Identification System). Próby nawiązania kontaktu z kapitanem nie odniosły skutku, a sam statek gwałtownie zmienił kurs, kierując się w stronę wód terytorialnych Federacji Rosyjskiej, co potwierdziła komunikacja z innymi jednostkami przepływającymi w jego pobliżu.

Kolejne incydenty na Morzu Bałtyckim oraz wokół niego wysoko podniosły czujność rozmaitych służb. W czasie ostatnich lat Bałtyk stała się świadkiem działań, które wcześniej praktycznie nie miały na nim miejsca: zakłócenia sygnałów GPS, działania sabotażowe, tankowce i kontenerowce–widma krążące pod fałszywymi banderami w niewiadomym celu. I wiele innych wydarzeń, o których opinia publiczna, na swoje szczęście, zwykle nie była i nie będzie informowana (tego typu newsy mogłyby rzucić nieprzyjemny cień na wypoczynek wygrzewających się w bałtyckim słońcu turystów).

W dobie dronów i cyfrowego pola walki, nadal jednak pozostały zadania, które może wykonać tylko człowiek, polegając na swoich umiejętnościach nabytych w czasie wymagających treningów.

Dlatego w stronę sylwetki ledwo odcinającego się od horyzontu M/S Ocean, przez jego kilwater i na wprost jego rufy, która wyznaczała martwe pole pokładowego radaru, kieruje się RIB wypełniony grupą abordażową. Jej zadanie to VBSS, czyli Visit–Board–Search–Seizure (tłumaczone na polski jako: Podejście, Wejście na pokład, Przeszukanie i Zabezpieczenie/przejęcie).

Na ich mundurach szybko osiadła morska bryza. Dwie sekcje, każda po pięć osób. Siedzą jedni za drugimi, tak samo, gdy przerabiali rozmaite scenariusze w trakcie swoich ćwiczeń. Mają ściśle określone role, ale szybko się nauczyli, że ich treningi nie dają im gotowych rozwiązań. Były narzędziem do wykonania zadania, ponieważ każdy scenariusz miał jeden pewnik – nieprzewidywalność łamaną przez zaskoczenie. Liczyli, że to ostatnie będzie po ich stronie. To najmocniejsza karta w czasie każdego VBSS.

Dwa krótkie gwizdki. Przez odgłos wyjących silników przebił się umówiony sygnał, wydany przez sternika. Siedzące w RIBie postacie ożyły. Dźwięk oznacza, że do ich celu – Oceana, który przed nimi już wyraźnie urósł, pozostało jakieś 30 sekund szybkiej jazdy. Dlatego w górę powędrowała teleskopowa tyczka, podtrzymująca drabinkę speleo. Zaczepią ją o reling kilka metrów nad swoimi głowami, gdy ich RIB doklei się do płynącego statku (powodzenie tej części zadania, zależy wyłącznie od sternika, który dłużej niż do znudzenia ćwiczył ten element w czasie swojej służby, w całym wachlarzu rozmaitych warunków, które potrafi stworzyć Bałtyk).

To po niej muszą wejść i rozlać się po pokładzie „czyszcząc” kolejne pomieszczenia.

Ten element prawdopodobnie jest najbardziej charakterystyczny dla taktyki VBSS – kto nie widział operatorów wspinających się po burtach promów wysokich niczym bloki na gdyńskiej Chylonii? Ta na Oceanie jest nieporównywalnie niższa, ale fakt przechodzenia z płynącego RIBa na płynący statek, w czasie gdy morze zalewa buty i próbuje oderwać gumową burtę od tej stalowej, zapewni strzał adrenaliny, zanim pierwszy z nich postawi stopę na metalowym pokładzie. To zresztą paradoks tego działania – gdy już pokona się własny strach i kolejne stopnie drabinki speleo, gdy dotrze się na drżący pokład, a w głowie pojawia się myśl „zrobione!”, to… dopiero początek i następuje właściwa część zadania.

Dwie przygotowujące się właśnie do tzw. boarding party sekcje mają płynnie zająć mostek oraz maszynownię, symultanicznie przejmując kontrolę nad prawdopodobnie uprowadzonym Oceanem. Ale na morzu nic nie jest łatwe – po wejściu muszą rozdzielić się na trzy grupy tak, by w jak najkrótszym czasie przeczesać wszystkie pokłady, nie zostawiając za sobą żadnego niesprawdzonego miejsca.

Sternik RIBa unosi do ust gwizdek. Za chwilę powietrze przetnie kolejny, ostatni już, pojedynczy sygnał. Drabinka zawiśnie na kotwiczce zaczepionej o reling. Dłonie mocno zacisną się na metalowych stopniach.

I zacznie się nieprzewidywalne.

Taki scenariusz taktyczny był udziałem Team_May26, który wziął udział w kolejnych warsztatach Visit–Board–Search–Seizure, organizowanych przez firmy Barracuda Elite i Formoza RIB. Ich działalność jest nieprzypadkowa – tworzą ją weterani JW Formoza: oficerowie, sternicy i operatorzy, dla których VBSS było tematem niekończących się ćwiczeń i manewrów. Od dziesięciu lat organizują szkolenia, które na codzień zarezerowane są jedynie dla wąskiej grupy żołnierzy i funkcjonariuszy kilku służb w Polsce. Dzięki nim, VBSS dostępne jest także cywilom i strzelcom. Dostępne jako jedyne na Bałtyku, co warto podkreślić. A może nawet jako jedyne w Europie.

Każda edycja kursu odbywa się w tym samym miejscu – w porcie miasta Hel oraz… na Morzu Bałtyckim. Organizatorzy nie uznają kompromisów, dlatego dwa dni kursu są wypełnione wyłącznie praktycznymi zajęciami z zakresu walki wręcz, walki bronią oraz „czyszczenia” statków. To ostatnie nazywane jest przez instruktorów „CQB level hard”, co uczestnicy szybko potwierdzają. Dlaczego? Przestrzeń jednostek pływających jest bardzo nieoczywista, obfituje w różnego rodzaju zakamarki, które zaskakują swoim rozmieszczeniem. Do tego dochodzą niskie stropy, wysokie progi, wąskie schody. I to wszystko zalewane morską bryzą, która sprawia, że nawet najbardziej taktyczny but ślizga się po metalowej powierzchni bez oporu. Żeby było jeszcze ciekawiej, wszystko się buja w rytm statku tnącego fale. Czego chcieć więcej?!

Przygoda z tym kursem zaczyna się w porcie i od razu mocno – od bloku z walki wręcz, prowadzonego przez wieloletniego instruktora Krav Maga i ochrony osobistej – Andrzeja Marczaka. W przerwie między blokami i dźwigniami, kolejni kursanci stawiają czoła słynnej drabince. Z jednej strony to chwila wytchnienia w czasie przedłużającej się rozgrzewki Andrzeja, z drugiej – „może ten rozruch nie był taki zły”, myślą ci, którzy patrzą na drabinkę wiszącą nad ich głowami.

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 11-12/2025

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter