Trafienia, których nie było - Yamato. Część 6

Trafienia, których nie było - Yamato. Część 6

Sławomir J. Lipiecki

 

Kończymy kilkuczęściową historię największych zbudowanych superdrednotów. W tym numerze krótko odnosimy się do dwóch mitów narosłych wokół skuteczności artylerii głównej Yamato w ostrzale jednostek amerykańskich.

Fizyka i dokumenty Bureau of Ships (BuShips) raz na zawsze ucinają pojawiające się spekulacje, oparte przede wszystkim na zachowanych japońskich raportach.

Mit Samar

Historiografia bitwy pod Samar z 25 października 1944 r. przez dekady karmiła się literacką dramaturgią, w której garstka amerykańskich niszczycieli i lotniskowców eskortowych z zespołu Taffy 3 stawiła czoła nie tylko samemu Yamato, ale potężnej japońskiej grupie bojowej z łącznie czterema pancernikami. W centrum tej opowieści niezmiennie stoi superdrednot Yamato, określany przez popularyzatorów jako „potwór, którego same salwy miały wywoływać apokalipsę na dystansach dotąd niedostępnych dla artylerii morskiej”. W ostatnich latach popkulturowy mit zyskał nowe, pseudonaukowe oblicze za sprawą analiz Roberta Lundgrena. Ten ceniony badacz, tym razem jednak bezkrytycznie żonglując japońskimi szkicami sztabowymi, spróbował udowodnić, że Yamato dokonał balistycznych cudów, dziurawiąc podwodzia i łamiąc kręgosłupy amerykańskich okrętów z odległości blisko 30 km. Czas więc odłożyć na bok internetowe rewelacje i zderzyć model Lundgrena z brutalną rzeczywistością. Fizyka, mechanika płynów, optyka oraz podstawowa krytyka źródłowa nie pozostawiają na tych teoriach suchej nitki. Lundgren po prostu oszukuje naukę.

Punktem wyjścia dla teorii o „rekordowych trafieniach” jest ocalały z pożogi wojennej japoński raport bojowy z Yamato, według którego pancernik miał otworzyć ogień z dystansu ok. 34 000 m. Lundgren bezkrytycznie przyjmuje te dane, twierdząc, że trzecia salwa z odległości 32 000 yd (29 261 m) poraziła podwodzie lotniskowca eskortowego USS White Plains (CVE-66) jako tzw. podwodny niedolot. Z perspektywy praktyki morskiej to czysta fikcja. Granica obserwacji optycznej dla Yamato zaczynała się dopiero od ok. 30 km – i to wyłącznie przy idealnej, sterylnej pogodzie. Tymczasem pod Samar warunki były fatalne: szkwały deszczowe, niska widoczność, a przede wszystkim potężne zasłony dymne i chemiczne stawiane przez amerykańską eskortę. Wzór na horyzont geometryczny jest bezlitosny: przy wysokości stanowiska dalmierza głównego Yamato i topu masztu White Plains teoretyczna linia horyzontu wynosiła maksymalnie 30 km. Oznacza to, że z tej odległości Japończycy mogli dostrzec – w idealnych warunkach – co najwyżej sam czubek amerykańskiego masztu, a nie sylwetkę kadłuba pozwalającą na dokonywanie poprawek balistycznych! W rzeczywistym starciu realny horyzont kontrastowy spadł poniżej 20 km. Jeśli obserwator w dalocelowniku nie widzi celu, dalmierz optyczny o bazie 15 m staje się bezużytecznym meblem.

Japoński łańcuch rozpoznania (recon-chain) leżał rozbity od pierwszych minut bitwy. Załoga pancernika nie mogła uratować celności radarem obserwacji nawodnej 22-Shiki. Ten prymitywny system o mocy zaledwie 2 kW nie służył do kierowania ogniem. Z powodu braku odpowiedniego zobrazowania na wyświetlaczu oscyloskopowym obserwacja i nanoszenie punktów upadku własnych pocisków (splashes) w gęstwinie dymu i gejzerów wodnych były technicznie niemożliwe. Co więc widzieli Japończycy? Widzieli chaos. Świadczy o tym ich własna, kompromitująca klasyfikacja celów: małe lotniskowce eskortowe CVE uznali za wielkie lotniskowce floty (CV), a niszczyciele – za krążowniki. Ogień otwierano na oślep, a rzekome rysunki z idealnie prostymi liniami kursów, równomiernymi prędkościami i „czystymi” dystansami (20, 35, 37 km) to w istocie postsztabowa, powojenna rekonstrukcja rysowana przy biurku, mająca usprawiedliwić przed przełożonymi taktyczny blamaż.

Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 9-10/2026

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety u¿ytkownika @NTWojskowa Twitter