Sturmgeschütz wiecznie żywy. Część 1
Robert Michulec
Po utworzeniu w 1955 roku Bundeswehry w Niemczech szybko udało się wypracować rozwiązania ramowe do produkcji rodzimego sprzętu pancernego. Wojsko od początku domagało się wszystkich możliwych pojazdów, ale z powodów finansowych i politycznych zaczęto oczywiście od Panzera, wzorem II wojny światowej nazwanego „Leopardem”. Wóz torował drogę całej menażerii. Powstał więc Schützenpanzer czy później Flakpanzer Gepard, ale i rodzina specjalistycznych dział pancernych. Dowództwo Bundeswehry składało się z generalicji Wehrmachtu, która aż za często była niewolniczo przywiązana do własnych doświadczeń z okresu wojny, zdominowanych przez działania pancerne. Wbrew więc anglo-amerykańskim doświadczeniom, powołano do życia Panzerjägertruppen i położono proporcjonalnie ogromny nacisk na stworzenie wozów do zwalczania czołgów. Mimo że wszędzie dostrzegano już dominację przeciwpancernych pocisków kierowanych SS-11, niemiecka generalicja zażyczyła sobie produkcji ciężkiego Jagdpanzera z armatą obok lekkiego, uzbrojonego właśnie w rakiety. Ich rodowód wywodzono z Jagdpanzera IV, czyli tak naprawdę od przesławnego i wielce cenionego przez weteranów Sturmgeschütza. Po wojnie Stug stopniowo urastał do rangi broni doskonałej, pozwalającej Niemcom wybijać czołgi nieprzyjaciół tysiącami, ponieważ nikt nie chciał lub nie potrafił realnie go ocenić. Nie zwracano uwagi na fakt, że Stug zrobił furorę na skalę masową w wyniku niemal katastrofalnej zapaści w Panzertruppen. Tym samym porażkę i kryzys przekuto w sukces.
Korzenie wozu bojowego nazywanego potocznie działem szturmowym (Stugiem) sięgają 1935 roku, ale tylko w Wehrmachcie. Sztabowiec Oberst. Erich von Manstein popełnił wówczas elaborat na temat konieczności stworzenia specjalnego pojazdu bezpośredniego wsparcia piechoty uzbrojonego w działo. Von Manstein, stawiając postulat stworzenia jakoby całkiem nowego pojazdu i rodzaju broni, jak mu się to przypisuje, jedynie przypomniał wiedzę już obowiązującą w militarnym świecie, a bezpośrednio wynikającą z doświadczeń I wojny światowej: „zastosowanie [artylerii szturmowej] w natarciu jest takie samo, jak baterii wsparcia w ostatniej wojnie” (I WŚ.). Pułkownik nie odwoływał się do wozów pancernych wsparcia piechoty, ponieważ niemiecka Armia takowych nie posiadała. Kadra dowódcza korzystająca z własnych raportów wojennych, tak jak autor, mogła odnosić się w sposób systemowy właśnie do artylerii wsparcia i jedynie podsumowań wykorzystania tanków przez nieprzyjaciela.
Dla von Mansteina sformułowanie koncepcji Stuga mogło być najpewniej działaniem rutynowym, wpisującym się w proces modernizacji wojska w latach 30.. Wątpliwe, aby napędzały go ambicje stworzenia całkiem odrębnego rodzaju broni, którego charakteru raczej nie dostrzegał. Stąd długo po II wojnie światowej stwierdził, że autorstwo stworzenia artylerii szturmowej raczej mu się przypisuje (uwaga wstępna do dawniejszej pracy F. Kurowskiego). Pułkownik patrzył na wiele problemów wojskowych w szerokiej perspektywie, adekwatnie do wiedzy, doświadczenia i niebagatelnego umysłu. Niewątpliwie przyświecał mu cel podniesienia już istniejących baterii czy plutonów artylerii towarzyszącej piechoty na wyższy poziom techniczny i przez to taktyczny. Postulat wprowadzenia przyszłego Stuga do dywizji piechoty tak naprawdę był wymuszony zmianą dziejową. Łatwo to dostrzec we wszystkich innych rodzajach broni składających się na dywizję piechoty, tworzących swe pierwsze pododdziały pancerne: saperskie, rozpoznawcze, artyleryjskie itd.
Pomimo tego wszystkiego von Mansteina uznano za ojca całkiem nowego i wyjątkowego, bo niepowielanego w innych państwach, rodzaju broni. To dosyć kuriozalne, gdyż artyleria szturmowa nie mogła być nowym (odmiennym) rodzajem broni, choćby wyłącznie w ramach Wehrmachtu. Jej rzekoma specyfika, tak naprawdę, ograniczała się do samej nazwy. Jakkolwiek samo określenie właściwie precyzyjnie określa przeznaczenie konstrukcji, to przecież nie wytwarza samoistnie uwarunkowań technicznych i nie definiuje wynalezienia nowego rodzaju broni czy taktyki (jest to problem analogiczny do wielu innych podobnych przypadków nazewnictwa, choćby w niemieckich siłach zbrojnych; prosty przykład to „Kampfflugzeug” w Luftwaffe). Pomimo tego, nadmierne wyeksponowanie słowa-klucza „Sturm” wpłynęło na wytworzenie fenomenu artylerii szturmowej i następnie jej ocen. Wpływa to na jej błędne postrzeganie, tak jak wielu podobnych zagadnień wojskowych, choćby niemieckich, jak na przykład w piechocie (Sturmtruppen w I wojnie światowej) czy lotnictwie (Sturmbocki w Luftwaffe).
Sturmartillerie w drugiej połowie lat 30. oznacza dokładnie to samo, co wcześniej czy później artyleria bezpośredniego wsparcia (na Zachodzie i Wschodzie) czy artyleria towarzysząca (dla Anglo-Amerykanów accompanying; wywiedzione z niemieckiego begleit, którym posługiwał się von Manstein, uzasadniając konieczność powołania do życia artylerii szturmowej). W racjonalnie organizowanych wojskach ekstrawagancje językowe nie sprawdzają się, a niekiedy prowadzą wręcz na manowce. Dlatego koncepcja artylerii towarzyszącej przetrwała, podczas gdy artylerii szturmowej już się nie utrzymała. Pododdziały M4 uzbrojone w haubice kalibru 105 mm w batalionach czołgów US Army, pierwotnie określane jako assault wedle francuskiego wzorca (d'assaut) i nawiązujące do niemieckiego pierwowzoru (Sturm), przemianowano do standardu broni wsparcia (fire support).
Pełna wersja artykułu w magazynie TW Historia 5/2026
