„Lotowskie żurawie” na kierunku wschodnim i południowym we wrześniu 1939 r. Cześć 2
Janusz Młodzianka
Działania rzutu powietrznego polskiego lotnictwa komunikacyjnego prowadzone na terytorium kraju w dniach 1–11 września 1939 roku wypada postrzegać jako modelowo przygotowane planowe wycofanie. Ze względu na zmieniające się warunki zewnętrzne od 12 września obraz ten stopniowo zaczął ulegać zmianie. Co więcej, pojawił się element improwizacji. Pomimo tego, w pewnych warunkach w dużej części zachowany potencjał LOT-u nadal mógł odcisnąć wyraźną pieczęć na przebiegu wrześniowych działań.
12–15 września 1939 roku (wtorek–piątek) – ewakuacja rzutu powietrznego LOT-u do Rumunii, dalsze straty
W godzinach porannych lub około południowych 12 września z lotniska polowego w Żołudku koło Szczuczyna wystartowały dwie Electry, które po przelocie trwającym 1 godz. 40 min dotarły do Żabczyc koło Pińska. Były to egzemplarze SP-BGH z dwuosobową załogą pilota I kat. Antoniego Stanisława Sławca oraz SP-BGE z dwuosobową załogą pilota III kat., nawigatora II kl. Jana Ostrowskiego. Tym samym zgrupowanie samolotów LOT-u w Żabczycach tworzyło: pięć L-10A, dwa F.VIIb/3m, Ju 52/3m i RWD-13.
Na przełomie pierwszej i drugiej dekady września sytuacja na lotnisku polowym w Żabczycach stawała się trudna z powodu jego przepełnienia. Do Żabczyc trafił sprzęt i wyposażenie LOT, Samodzielnego Dyonu Doświadczalnego Instytutu Technicznego Lotnictwa, XX Dywizjonu Bombowego (wcześniej 220. DB), a także znaczna liczba samolotów różnorakiego przeznaczenia ewakuowanych z terenów wcześniej objętych działaniami wojennymi. Obserwowane z ziemi przeloty niemieckich samolotów rozpoznawczych mogły sugerować, że lotnisko zostanie wkrótce rozpoznane, a następnie zaatakowane przez niemiecką Luftwaffe. Wobec realnego i stale rosnącego zagrożenia powietrznym napadem wroga – w warunkach braku łączności z przełożonymi (patrz dalej) – została podjęta kolektywna decyzja przelotu ześrodkowanego w Żabczycach rzutu powietrznego PLL LOT do Rumunii. Te dramatyczne chwile tak streścił w swoich wspomnieniach pilot zasłużony, nawigator II kl. Ludwik Tokarczyk: "[...] kiedy stało się jasnym, że samoloty te utracimy, zdecydowaliśmy opuścić Kraj odlatując do Rumunii. Zwierzchnicy nasi przekazując nam taką decyzję, pozostawili do naszej dyspozycji moment jej wykonania." [podkreślenie – autor]
Omówienie odlotu LOT-owskiego zgrupowania z Żabczyc wymaga zapoznania się z szerszym kontekstem wydarzeń. Wróćmy do 8 września, tj. dnia opuszczenia lotniska polowego w Tończy/Starej Wsi (obecnie Starawieś) koło Węgrowa i przerzutu samolotów LOT-u na bardziej oddalone od linii frontu lotnisko polowe w Żabczycach koło Pińska. Rozkaz opuszczenia lotniska w Tończy/Starej Wsi wieziony przez mjr. pil. inż. Eugeniusza Rolanda okazał się spóźniony. 9 września po przybyciu na lotnisko Roland nikogo nie zastał, ponieważ wobec postępów wojsk wroga załogi LOT-u samorzutnie przeprowadziły samoloty do Żabczyc dzień wcześniej. Na dodatek przedzierając się samochodem z powrotem E. Roland z towarzyszącym K. Chorzewskim tylko dzięki dużej dozie szczęścia uniknęli niewoli. Ocena opisywanych wydarzeń mogła być tylko jedna: nie jest możliwe efektywne kierowanie związkiem lotniczym na odległość, bez uwzględniania bieżącej sytuacji operacyjnej w otoczeniu miejsca jego aktualnej dyslokacji. Nic dziwnego, że 10 września wizytujący komponenty PLL LOT w Duboji pod Pińskiem (rzut samochodowy), w Pińsku (rzut kolejowy) oraz w Żabczycach (rzut powietrzny) szef lotnictwa komunikacyjnego mjr obs. mgr Zygfryd Maciej Piątkowski wydał instrukcje dopuszczające podejmowanie autonomicznych decyzji dotyczących przesunięć rzutu powietrznego LOT-u w sytuacji jego bezpośredniego zagrożenia. W szczególności w przypadku braku bezpośredniej łączności z ośrodkiem dowódczym (tj. szefem lotnictwa komunikacyjnego, względnie jego zastępcą).
Do kryzysu doszło bez mała błyskawicznie, bo już po kilkunastu – kilkudziesięciu godzinach. 11 września – jeszcze przed wyruszeniem gen. bryg. pil. dr. Józefa Zająca w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego (gen. J. Zając dokładał starań, aby zachować kontakt z marszałkiem Edwardem Śmigłym Rydzem, przenoszącym miejsce postoju Naczelnego Wodza z Brześcia w kierunku południa kraju) – została zarządzona ewakuacja rzutu naziemnego LOT-u do Kołomyi, w związku z planowanym uruchomieniem zaplecza warsztatowo-naprawczego (trzecia kolejna próba, po Stanisławowie i Pińsku). Pozostawienie rzutu powietrznego na terenie Polesia (patrząc z perspektywy Żabczyc samemu sobie, bez zaplecza techniczno-eksploatacyjnego i jednoznacznych rozkazów) z perspektywy czasu nie wydaje się rozwiązaniem optymalnym. Aczkolwiek poniekąd usprawiedliwionym, ponieważ stan infrastruktury lotniskowej na Pokuciu pozostawał nieznany (także w zakresie dostępności paliwa lotniczego oraz personelu technicznego), a rzut naziemny póki co dopiero rozpoczynał przygotowania do opuszczenia Pińska i okolic. Co więcej, 12 września decydenci (Z.M. Piątkowski i E. Roland), będąc w tzw. ruchu, pozostawali całkowicie niedostępni dla kierownika Wydziału Ruchu Lotniczego w PLL LOT pil. Stefana Karpińskiego, który w zaistniałych okolicznościach fizycznie nie mógł konsultować doraźnych decyzji dotyczących wycofania rzutu powietrznego PLL LOT ześrodkowanego w Żabczycach. I tak mjr obs. mgr Zygfryd Maciej Piątkowski – po wizytacji komponentów PLL LOT w Pińsku i jego okolicy – rankiem opuścił wraz z ppor. rez. pil. K. Chorzewskim Trauguttowo koło Brześcia i podążył w ślad za Naczelnym Dowódcą Lotnictwa i Obrony Przeciwlotniczej (zahaczając o Chełm, gdzie spodziewał się nawiązać kontakt z ewakuowaną grupą pracowników Departamentu Lotnictwa Cywilnego w Ministerstwie Komunikacji). Natomiast jego zastępca mjr pil. inż. Eugeniusz Roland – po powrocie do Trauguttowa z Tończy/Starej Wsi – otrzymał zadanie osobistego dopilnowania pilnego odejścia rzutu naziemnego LOT-u (samochodowego z Duboji oraz kolejowego z Pińska) do Kołomyi, a następnie bezzwłocznego wyjazdu do Włodzimierza. Co znamienne, do Żabczyc nie dotarł jakikolwiek sygnał, że mjr E. Roland z inż. F. Polturakiem właśnie zmierzają w kierunku Pińska i Duboji...
Biorąc pod uwagę opisane okoliczności, decyzję opuszczenia Żabczyc przez rzut powietrzny LOT-u i jego transfer na dobrze wyposażone, stałe lotniska rumuńskie wypada postrzegać jako racjonalną. A przynajmniej jako dającą się obronić, uwzględniwszy brak sygnałów ostrzegawczych dotyczących coraz bardziej wątpliwej lojalności partnera rumuńskiego.
Pełna wersja artykułu w magazynie Lotnictwo 9/2026
