Kolekcjonowanie broni – jak ja to widze?

Kolekcjonowanie broni – jak ja to widze?

Michał Sitarski

 

Ludzie zbierają bardzo różne rzeczy, od oczywistych, jak znaczki pocztowe, modele pojazdów, starocie, poprzez militaria, na birofilii, czyli zbieraniu wszystkiego, co związane z piwem, kończąc. A ja zbieram broń, z tym, że nie tylko same „grzmiące kije”.

Oj, zbierało się w życiu różne rzeczy – był okres (za komuny) pudełek po fajkach, były puszki, a i znaczki też. Były także Matchboxy (są do dziś w pudle), żołnierzyki (także są) i różne inne rzeczy, a potem przyszły militaria. Zaczęło się od moro wz. 68, kostki, szelek i reszty oporządzenia, a potem na pełnej wjechał sprzęt US Army. I został do dziś.

Często z kolegami z młodych lat śmiejemy się, że robiliśmy rekonstrukcję historyczną w czasach, kiedy nikt nie miał bladego pojęcia, co to jest rekonstrukcja historyczna. Część z kolegów nadal tkwi w tym hobby, część zmieniła zainteresowania, a część – jak ja – połączyła dawne hobby z nowym, które rozkwitło po pamiętnych zmianach ustawowych w latach 2010-2011.

Nowy kształt UoBiA, przede wszystkim likwidacja uznaniowości, otworzył przed hobbystami kompletnie nową ścieżkę w postaci uzupełnienia swojego umundurowania i wyposażenia o broń. I to prawdziwą, nie repliki ASG czy modele 1:1, które trzeba było samemu posklejać (tak, M16 z M203, o czym wspomniałem przy okazji artykułu o tym zestawie, dogorywa do dziś gdzieś w piwnicy). Oczywiście, początkowo wybór był raczej skromny i ograniczał się przede wszystkim do demobilowej broni „bloku wschodniego”. Później zaczęła pojawiać się także broń drugowojenna, więc rekonstruktorzy np. US Army z tego okresu mieli już łatwiej, jednak na coś, co interesowało mnie, czyli od Wietnamu do dziś, trzeba było poczekać.

W pewnym momencie w większej liczbie na rynku pojawiły się malezyjskie M16 – jakoś w okolicach 2020 roku trafiła do Polski ich pierwsza dostawa. Można było wówczas trafić naprawdę piękne sztuki, w stanie magazynowym i taki karabinek zakupiłem. No i od tego się zaczęło.

Z upływem czasu broni z interesującego mnie okresu zaczęło pojawiać się na rynku coraz więcej, choć początkowo w jakichś absurdalnych cenach.

W takich sytuacjach dobrze jest pamiętać o tym, żeby nerwy trzymać na wodzy i nie kupować „już, zaraz, teraz, bo wincyj nie bendzie”. Tak, to prawda, zdarzają się sztuki, co do których można mieć pewność, że więcej nie będzie, bo to prawdziwe unikaty i perełki, albo takie, o których wiadomo, że nie będzie ich jeszcze przez jakiś czas – w takiej sytuacji trzeba po prostu zastanowić się, jak bardzo tego chcę oraz jakimi funduszami dysponuję i na tej podstawie podjąć decyzję.

Często jedna okazuje się, że nie ma się co napalać i wystarczy uzbroić się w cierpliwość – sam się o tym już parę razy przekonałem, choćby w przypadku kupowania M16A1 „Property of US Government”. Przez dłuższy czas na którymś serwisie wisiał taki M16 od Hydramatic (ok, to ten z rzadszych, bo ten producent nie produkował bardzo dużo kontraktowych M16), ale w stanie mocno sponiewieranym, do tego wyglądający na składaka i w cenie absurdalnie wysokiej. Niby trochę kusił, ale stan powodował skuteczne odstraszenie mnie od zakupu. No i po jakimś czasie pojawiła się okazja kupna „governmenta” od Colta, w stanie idealnym za niemal trzykrotnie niższą cenę...

Ostatnio widziałem podobną akcję, tylko że z „wyjątkowym i rzadkim” SP-1 z 1983 roku. SP-1 to cywilna wersja M16, którą produkowano od mniej więcej 1964 roku, zmieniając ją tak, jak zmieniał się pierwowzór (mniej więcej, ale to materiał na osobny artykuł). Takie karabinki nie są u nas popularne, ale można je czasem kupić w pięknych stanach za 6-10 tysięcy złotych, w tymczasem w zestawach z fajnymi lunetkami „z okresu”. Tymczasem na jednym z serwisów jest taki właśnie SP-1 z 1983 roku, kosztujący... 24 000 złotych. No nie, tyle, to nie. W takich przypadkach wskazana jest duża doza cierpliwości, bo to jest absurdalnie drogo – w 2025 roku na polskim rynku były przynajmniej trzy takie karabinki, w tym dwa z 1967 roku za nieporównywalnie mniejsze pieniądze i z fajnym wyposażeniem dodatkowym.

Pamiętajmy w takich sytuacjach, że M16, poza wyjątkowymi wersjami, jako standardowy karabinek piechoty nie jest unikatem – tego, podobnie jak pepesz, pepeesów, Mosinów, Mauserów i innej broni wojskowej natłuczono setki tysięcy sztuk. A skoro broni drugowojennej do dziś jest sporo (często nówki-sztuki), to znaczy to tyle, że M16 też jeszcze sporo jest. OK, u nas jest to w pewnym sensie egzotyka, ale naprawdę tych karabinków pojawia się na rynku coraz więcej, w różnych wersjach, w coraz lepszych cenach, warto więc przemyśleć zakupy. Przyczyną jest fakt, że coraz więcej broni schodzi ze stanów różnych armii i trafia na rynek cywilny.

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 9-10/2025

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter