Holenderska Orka – między ambicją a ryzykiem
Sławomir J. Lipiecki
Przez dekady Królewska Holenderska Marynarka Wojenna (Koninklijke Marine) definiowała standardy oceanicznych operacji podwodnych dla flot średniej wielkości. Długotrwały „romans” z amerykańską myślą techniczną i własnym, unikalnym podejściem do hydrodynamiki zaowocował opracowaniem dobrze znanego typu Walrus, czyli jednostek, które mimo upływu lat wciąż budzą respekt. Dziś jednak, gdy okręty te nieuchronnie zmierzają ku zasłużonej emeryturze, Haga staje przed najbardziej ryzykownym zwrotem w swojej podwodnej historii. Wybór projektu francuskiego koncernu Naval Group – konwencjonalnej mutacji „atomowego” typu Suffren – to coś więcej niż tylko zakup nowych platform. To technologiczny eksperyment na żywym organizmie floty, polegający na próbie zamknięcia potęgi kadłuba SSN w rygorach napędu opartego na silnikach wysokoprężnych i akumulatorach. Między politycznymi deklaracjami o europejskiej współpracy a surowymi prawami fizyki rozpościera się więc przestrzeń pełna inżynieryjnych sprzeczności, kompatybilności systemów i cienia australijskiej lekcji, o której w Hadze woli się dziś mówić szeptem.
Dziedzictwo kroplowego kadłuba
Zrozumienie holenderskich dylematów wymaga cofnięcia się do fundamentów, na których zbudowano siły podwodne Koninklijke Marine. Królestwo Niderlandów, mimo swoich niewielkich rozmiarów, nigdy nie postrzegało bowiem swojej MW wyłącznie przez pryzmat obrony wybrzeża czy ograniczonych wód Morza Północnego. Dla Hagi okręt podwodny to przede wszystkim narzędzie projekcji siły na oceanach, zdolne do skrytego przejścia i operowania w rejonie Antyli czy Indonezji. To właśnie te specyficzne wymagania – ogromna autonomiczność, zasięg i dzielność morska – wymusiły odejście od typowych, europejskich konstrukcji tamtych lat. Projektując typ Walrus, Holendrzy wykonali odważny krok, czerpiąc z amerykańskich wzorców eksperymentalnych. Zastosowanie „kroplowego” kadłuba, zainspirowanego jednostką USS Albacore (AGSS-569), pozwoliło uzyskać optymalne w swoim czasie parametry hydrodynamiczne, szczególnie istotne podczas długotrwałych marszów w zanurzeniu. To właśnie ta „wielkość” i szerokość kadłuba stały się znakiem rozpoznawczym holenderskiej szkoły, oferując załodze warunki bytowe i zapasy żywności pozwalające na rejsy trwające nawet cztery miesiące w roku. Dziś jednak te same zalety stają się ciężarem.
Dziedzictwo Walrusów to także przyzwyczajenie do amerykańskiej technologii – od systemów hydroakustycznych po torpedy Mk 48, które stanowią o sile ognia tych jednostek. Wybierając francuską Barracudę jako bazę projektową, Haga próbuje połączyć ten „amerykański styl walki” z „francuską architekturą kadłuba”. To próba karkołomna, bo o ile Walrus był od podstaw projektowany jako jednostka konwencjonalna, o tyle jednostki typu Orka mają być „przeszczepem” z zupełnie innego organizmu – uderzeniowych okrętów podwodnych o napędzie atomowym typu Suffren. W tej inżynieryjnej układance każdy decymetr sześcienny objętości i każda amperogodzina z baterii Li-Ion będą musiały więc walczyć z oporem sporego, bo przeszło 5000-tonowego kadłuba, przy którym w swojej „atomowej” formie nie musiano martwić się o bilans energetyczny czy systemy sterowania.
Gra o suwerenność
Decyzja o wyborze Naval Group jako partnera strategicznego była dla wielu obserwatorów niezrozumiała, a dla niderlandzkiego przemysłu stoczniowego – nawet szokująca. Przez lata za absolutnego faworyta uchodziło konsorcjum rodzimego koncernu Damen oraz szwedzkiego Saab-Kockums. Ich oferta wydawała się skrojona pod potrzeby Hagi: łączyła lokalną wiedzę o specyfice operacyjnej Walrusów z nowoczesnymi szwedzkimi technologiami (w tym sprawdzonym systemem AIP i usterzeniem w układzie „X”). Miało nie być także problemów (ani politycznych, ani technologicznych) w implementacji na te jednostki amerykańskich rozwiązań i systemów – na co dzień powszechnie stosowanych w Koninklijke Marine. Odrzucenie tej propozycji to więc nie tylko kwestia wyboru konkretnego okrętu, ale przede wszystkim rezygnacja z narodowej autonomii w projektowaniu i budowie najbardziej skomplikowanych systemów morskich. Haga postawiła więc nieoczekiwanie na model „klienta”, rezygnując z roli „twórcy”, co w kraju o tak silnych tradycjach morskich wywołało falę gorzkich komentarzy.
W tle tych sporów, niczym bumerang, powracał jeszcze jeden, niemal surrealistyczny wątek – napęd nuklearny. Skoro oficjalne holenderskie wymagania operacyjne tak bardzo zbliżyły się do parametrów jednostek klasy SSN, dlaczego w ogóle nie rozważono tej opcji? Odpowiedź w tym wypadku kryje się niemal wyłącznie w kwestiach politycznych i (mówiąc ogólnie) – społecznej wrażliwości. Mimo że Francja oferowała pierwotnie kadłub oryginalnego Suffrena, w holenderskim parlamencie debata o „atomie pod banderą” była nie do pomyślenia. Paradoksalnie więc, wybrano platformę atomową, by za wszelką cenę – i ogromnym kosztem inżynieryjnym – „kastrować” ją z jej największego atutu na rzecz silników wysokoprężnych i baterii Li-Ion (podobnie jak napędu AIP – systemu mocno przereklamowanego). Oficjalnym powodem wyboru Naval Group była więc obietnica dostarczenia „najpotężniejszej jednostki konwencjonalnej na świecie”. Jednak za tym hasłem europejskiej współpracy obronnej kryje się skomplikowana gra interesów. Wybierając Francuzów, Haga de facto kupuje miejsce w ekskluzywnym klubie użytkowników technologii, które dotąd były zarezerwowane wyłącznie dla kilku mocarstw. Płacąc za to jednak cenę ogromnego ryzyka projektowego. Odrzucenie duetu Damen-Saab na rzecz „papierowej” Barracudy wygląda na bardzo duże ryzyko, w którym stawką jest nie tylko terminowość dostaw, ale i realna zdolność do odstraszania w przyszłych dekadach, a w tym kontekście decydenci tak naprawdę nie potrafi „liczyć kart”.
Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 4-5/2026
