Granatnik M203 kalibru 12/76

Granatnik M203 kalibru 12/76

Michał Sitarski

 

Tony Montana ze „Scarface”, Alan „Dutch” Schaefer z „Predatora”, kapral Collins ze „Wzgórza Rozdartych serc”, James Braddock z „Zaginionego w akcji” czy John Grimes z „Helikoptera w ogniu” – wszystkie te postaci łączy jedno. Każdy z wymienionych używał na ekranie kultowego zestawu M16 z granatnikiem M203.

Gwoli wyjaśnienia – prawda czasu, prawda ekranu, kino rządzi się swoimi prawami, więc nie wszyscy z wymienionych faktycznie posługiwali się karabinkiem M16 z podwieszonym granatnikiem M203. Choć pewnie wielu z czytelników właśnie się zdziwi, to z wymienionej piątki tylko dwóch ostatnich bohaterów miało na ekranie oryginalny zestaw. Pozostali trzej używali karabinka SP-1, czyli cywilnej wersji M16 (zasługującej na osobny materiał w niedalekiej przyszłości) z podczepioną atrapą granatnika M203 – w jednej ze scen Scarface widać nawet, że odpada ona od karabinka przy upadku na podłogę. Żeby było zabawniej, to wiele wskazuje na to, że w wymienionych trzech filmach użyto dokładnie tego samego zestawu SP-1/replika, ale czemu nie skorzystano z oryginału, to naprawdę pojęcia nie mam.

Oryginalny zestaw wystąpił w wielu produkcjach i stał się bronią ikoniczną, także za sprawą zdjęć żołnierzy US Army i USMC, choćby z interwencji „La Invasion” w Panamie, „Urgent Fury” na Grenadzie, a także z późniejszych „Desert Storm” w Iraku czy walk w Afganistanie i Iraku już w nowym stuleciu, choć od pierwszej wojny w zatoce M203 podwieszany był już pod karabinki M16A2, a następnie pod M16A4 i M4. Tak czy siak, zestaw grenadierski M16 jest rozpoznawalny na pierwszy rzut oka i od razu kojarzy się z bronią prawdziwego „maczomena”.

Mnie także ten zestaw podobał się „od zawsze” i w czasach, w których z grupą kolegów robiliśmy rekonstrukcję, nie wiedząc, że robimy rekonstrukcję, kupiłem zestaw Academy odwzorowujący tę właśnie konstrukcję. De facto był to pełnoprawny model do sklejania z ruchomymi częściami – pomalowałem go odpowiednio i dociążyłem, zatem na zdjęciach wyglądał świetnie, choć niewątpliwie był delikatny (jeszcze resztki do dziś spoczywają w którymś kącie piwnicy).

Zawsze marzył mi się ikoniczny M16 z granatnikiem M203, ale zawsze też myślałem, że jest to tzw. marzenie ściętej głowy, bo niby skąd w Polsce wziąć M16, o M203 nie wspominając?

Po kilkunastu latach (o ile jakieś 20 to kilkanaście) okazało się, że można dość łatwo zrobić pozwolenie na broń, nieco później na polskim rynku pojawiły się karabinki M16, więc przynajmniej częściowo marzenie udało się spełnić – kupiłem w bardzo dobrej cenie malezyjskiego M16A1 w stanie magazynowym (i mam go do dziś).

Po kilku kolejnych latach zaczęły wypływać egzemplarze M16A1 z biciem Property of US Govt., ale kosztowały absurdalne pieniądze – za mocno sponiewieranego „gevernmenta” można było kupić pięć albo i sześć „malajów” w lepszym stanie...

Nie tak dawno pokazał się rzut M16A1 z tym „prawilnym” biciem i to w cenie tylko dwukrotnie wyższej od dobrego „malaja”, zatem jeden z nich zagościł w mojej szafie.

Chwilę przed tym zacząłem wiercić dziurę w brzuchu jednej zaprzyjaźnionej firmie, aby pomyślała nad ściągnięciem granatników M203 i wytworzeniem na ich bazie strzelb gładkolufowych. Niby nie było to niemożliwe, ale bardzo trudne, wymagało czasu i tak dalej... Sprawa ugrzęzła, aż nagle pojawiła się informacja, że firma Baltic Coast Armory ściągnęła siedem sztuk M203 do Polski będą one przerabiane na strzelby! Według informacji dwie sztuki miały zostać w stanie „koncesyjnym”, a na bazie pozostałych miano wytworzyć jednostrzałowe strzelby 12/76.

Skontaktowałem się więc z ww. firmą w celu ustalenia szczegółów – okazało się, że cena jest wysoka, ale akceptowalna, a cała sprawa potrwa mniej więcej dwa miesiące. Cena była akceptowalna, dlatego że wcześniej słyszałem o możliwości nabycia strzelby M203 z innego źródła, ale w cenie zaporowej, bo wyższej o ponad połowę...

Minęło ciut więcej czasu niż wcześniej zapowiadano, ale w końcu z Adrianem z Ostrego Gwintu pojechaliśmy po odbiór naszych wymarzonych granatników.

I oto jest.

Jak to jest zrobione?

Bazą strzelby M203 (bo tak się nazywa ta broń) jest oczywiście granatnik M203 (oryginał produkcji Colt, ale niepochodzący z USA, ale z innego kraju, do którego pierwotnie został wyeksportowany), który został przerobiony przez dodanie konwersji kalibru. Ma ona postać lufy strzelby kalibru 12/76, o długości około 10” wstawionej do lufy granatnika za pomocą odpowiedniego mocowania. Aby je zainstalować w lufie M203 ta ostatnio została bezpowrotnie zniszczona w celu wykonania montażu – nawet po usunięciu konwersji (co nie jest możliwie bez zaplecza rusznikarskiego) próba oddania strzału granatem 40 mm skończy się dla strzelającego bardzo źle, a dla broni jeszcze gorzej. Co istotne – cała przeróbka jest zrobiona tak, że nie widać jej z zewnątrz, a długość lufy dobrano w taki sposób, by nie była widoczna i nie psuła wyglądu broni. Podobnie jest z oznaczeniem, które naniesiono na górnej powierzchni lufy granatnika, normalnie schowanej pod prowadnicą w szkielecie broni.

Konwersja z lufą ma wewnątrz niewielki luz pozwalający jej przesuwać się o kilka milimetrów do przodu i do tyłu, co wynika z konieczności zapewnienia jej prawidłowego funkcjonowania. Muszę przyznać, że przeróbka jest naprawdę dobrze przemyślana i zaprojektowana – nie dziwi mnie fakt, że wytworzenie jej zajęło więcej czasu niż pierwotnie zakładano. Wykonano ją w taki sposób, że w najmniejszym stopniu nie zakłóca działania granatnika (z drugiej strony – jest ona tak prymitywny, że trudno byłoby to zrobić), a do tego w minimalny sposób ingeruje w jego konstrukcję (poza oczywistym uszkodzeniem lufy), bo nawet cały mechanizm spustowo-uderzeniowy zachowano w oryginale. Konwersję wyposażono także we... własny wyrzutnik. Tak, ma ona sprężynowy wyrzutnik podobny do znanych ze strzelb łamanych, do tego współpracujący z pazurem wyciągu oryginalnego granatnika umieszczonego na szkielecie. Przy otwarciu lufy broni luska zostaje wypchnięta z komory i przy lekkim przechyleniu broni sama wypada – jeśli karabinek trzymany jest poziomo, to trzeba jej pomóc ręką. Cóż, w oryginale działało to trochę inaczej, bo łuska granatu była utrzymywana w szkielecie za pomocą pazura w szkielecie oraz dwóch w lufie. Przy otwarciu lufy w przód łuska zostawała w szkielecie, a kiedy lufa wysunęła się dalej niż jej długość – samoczynnie wypadała. W konwersji tak się nie da, ale i tak jest lepiej, niż myślałem, bo prawdę mówiąc spodziewałem się konieczności ręcznego wyjmowania łuski z komory nabojowej.

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 7-8/2025

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter