Gaston Glock – życiorys w sam raz na film w hollywoodzkim stylu.

Gaston Glock – życiorys w sam raz na film w hollywoodzkim stylu.

Małgorzata Wołczyk

 

Gdyby producent Glocka umieszczał w walizce z pistoletem także małą książeczkę z życiorysem jego twórcy, Gastona Glocka, to niewykluczone, że wielu użytkowników nabrałby jeszcze większej sympatii do swojego egzemplarza broni. Jeśli jednak ktoś wreszcie w Hollywood dostrzeże, że biografia Glocka to gotowy materiał na sensacyjny film, to wtedy sami się zdziwimy, jak bardzo zaroi się wokół nas od pasjonatów tej właśnie broni.

Jak nietuzinkowe życie wiódł Gaston Glock, niech zaświadczy kilka faktów: twórca rewolucyjnej broni omal nie zginął w zamachu od uderzenia… gumowym młotem, nazywany był przez media - przyjacielem Jana Pawła II i wreszcie – człowiek od wyrabiania karniszy, podbija świat swoim projektem najnowocześniejszego pistoletu i staje się miliarderem.

Fachowiec od wiertarek i karniszy

Gaston Glock przyszedł na świat 19 lipca 1929 r. w Wiedniu, w skromnej rodzinie pracowników kolei. Jeszcze jako nastolatek został powołany do Wehrmachtu, ale było to już w końcówce wojny, więc nawet nie zdążył zapoznać się z bronią. Jak twierdził w wywiadach „służyłem w Armii dwa lub trzy dni”. Interesowała go mechanika, dlatego uzyskał tytuł inżyniera i zatrudnił się w firmie produkującej wiertarki ręczne. Jego apetyt na poznawanie innowacji rozwijał potem w fabryce chłodnic samochodowych i widocznie był w tym całkiem niezły, skoro awansował na stanowisko kierownika operacyjnego.

W roku 1962, spotkał go przy ołtarzu także awans społeczny za sprawą ożenku z Helgą – wybranką serca, wywodzącą się z arystokracji bawarskiej. Zapewne dzięki małżonce skromny inżynier zdołał nagle uruchomić własną fabrykę wyrobów metalowych, która początkowo produkowała karnisze pod szyldem GLOCK Ges.m.b.H.

Glock nie mógł usiedzieć w miejscu i cieszyć się z narodzin kolejnych dzieci, bo stale kombinował, jak w swojej manufakturze w Deutsch-Wagram w Austrii rozszerzyć produkcję o nowe komponenty. Tworzone przez niego polimerowe produkty zaczęły służyć do formowania już nie tylko karniszy i klamek, ale z czasem też rękojeści noży czy ogniw pasów maszynowych. Wciąż było mu mało, więc szukał nowych wyzwań dla swojej innowacyjnej duszy i ręki inżyniera.

W 1976 r. zauważył ofertę przetargu austriackiej Armii na nowy bagnet do karabinka Steyr AUG. Zaprojektował prosty w konstrukcji nóż z polimerów i stali stworzony tak, aby idealnie uzupełniać karabin. Szefostwo armii pochyliło się z uznaniem nad wynalazkiem i przyznało Glockowi kontrakt na 25 000 noży. Pan od karniszy wszedł gładko (jak nóż w masło) w orbitę wojska i nawet zaczął okazjonalnie bywać w Ministerstwie Obrony.

Noże nie były jednak jedyną rzeczą, która wymagała ulepszeń w austriackiej armii. Wojskowi używali wtedy podstarzałego Walthera P38 i z zazdrością spozierali na pojawiające się na początku lat 80. znacznie lepsze pistolety służbowe kal. 9 mm.

Facet od karniszy

Jeśli powstanie kiedyś film o Gastonie Glocku to w kluczowej scenie ujrzymy bohatera podsłuchującego w budynku ministerstwa rozmowę dwóch pułkowników rozprawiających o pilnej potrzebie rozpisania konkursu na nowy pistolet. Glock wyrwał się wtedy z propozycją pomocy, za co spotkała go salwa śmiechu. Producent Steyra był faworytem w walce o nowy kontrakt, ale nawet jego specjalnie zaprojektowany na tę okazję pistolet nie spełniał nowych standardów. Pułkownicy na myśl, że facet znany z produkcji plastikowych karniszy i noży chce pomóc w opracowaniu modelowej broni mieli powody do drwin. Glockowi nie spodobał się sposób, w jaki został potraktowany i zaripostował „Fakt, że NIC nie wiem o broni daje mi właśnie przewagę!” w domyśle - nad potencjalnymi konkurentami przywiązanymi do pewnych schematów produkcji. Glock nie należał też do ludzi, którzy łatwo odpuszczają. W jego mniemaniu pistolet był po prostu obok noża, kolejnym przedmiotem do przytroczenia na pasku funkcjonariusza wojska lub policji, więc i jego zaprojektowanie nie mogło być trudne.

Zmienił tryb życia, zadekował się w swojej piwnicy i pracował każdej nocy. Żona i trójka dzieci: Bridget, Gaston junior i Robert, siłą rzeczy, zeszli na dalszy plan, bo Glock już pracował nad swym najważniejszym „dzieckiem”.

Chcąc poznać sekrety najlepszych mechanizmów zakupił włoską Berettę 92F, Sig Sauera 220, CZ 75 i najnowszego Walthera P-38, a potem rozłożył je wszystkie na części. W następnych dniach znów składał i rozkładał kontemplując ich konstrukcję. Trzeba przyznać, że wciąż nie miał kompleksów i dlatego był pewny, że wymyśli najlepszą broń (a pamiętajmy, że nie były to czasy z tutorialami i milionami porad na YT!).

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 9-10/2025

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter