Furia 6 – po raz szósty pasja spotyka wyzwanie!
Marcin Lotkowski
Michał Sitarski
Zawody strzeleckie w formule „taktycznej” są w Polsce coraz popularniejsze – de facto, można powiedzieć, że przybywa ich niemal jak grzybów po deszczu. Są jednak takie, którym należy się palma pierwszeństwa i które można uznać za niosące w tej materii „krużganek oświaty”, jakby to klasyk powiedział...
Do tej drugiej kategorii bez dwóch zdań zaliczyć można Operację Furia, czyli taktyczne zawody organizowane przez duet Agnieszka Wolak i Dariusz Pollak z ekipą, a którym towarzyszymy od samego początku.
Widzieliśmy już więc sześć edycji, wliczając w to tegoroczną i widzimy, jak dynamicznie zmieniają się te zawody. A zmieniają się i to bardzo.
Pierwsza edycja, jak to zwykle bywa, była najskromniejsza – najkrótsza, na małej (stosunkowo) strzelnicy, z najmniejszą liczbą torów i uczestników. Każda kolejna już była większa pod wszystkimi względami – odbywały się na znacznie większych obiektach, uczestniczyło w nich coraz więcej osób, co z kolei wymogło także wzrost liczebności „załogi”, tory były coraz dłuższe i coraz bardziej atrakcyjne, przybywało także sponsorów.
W pewnym momencie, tak ze trzy lata temu, Operacja Furia bardzo mocno skręciła w stronę zawodów crossfitowych. Oczywiście, na pierwszych dwóch edycjach były elementy właśnie crossfitowe, ale w umiarkowanej liczbie. Od chyba trzeciej edycji okazało się, że trzeba było być niezłym harpaganem, żeby zaliczyć zawody na przyzwoitej pozycji – liczba siłowo-sprawnościowych elementów torów była naprawdę imponująca, a sędziowie, zgodnie ze starą zasadą, byli gotowi znieść każdy ból zawodnika.
Nadal oprócz siły i szybkości liczyło się celne strzelanie, ale każdy tor ma swój limit czasowy, więc jak nie byłeś odpowiednio szybki i za długo bawiłeś się z jakimś zadaniem, to mogłeś strzelać celnie jak Simo Häyhä, a i tak nic by ci to nie dało, bo po prostu nie byłeś w stanie ukończyć toru. A każdy nieostrzelany cel to miss. Każdy miss z kolei to procedura, a procedura to 20 sekund w plecy. Rachunek jest prosty.
Najnowsza, szósta edycja Operacji Furia, odbyła się po raz drugi na strzelnicy Antrans w Głogowie i była... zaskakująca.
Na całe zawody składały się cztery tory: Trench, River Bank, Boarding Operations oraz Fire In The Hole (plus trzy dodatkowe, bardzo proste i krótkie). I wiecie, co było ich cechą wspólną? Ograniczone do minimum crossfitowe wygibasy. Nie oznacza to, że ich nie było wcale, bo były, ale ograniczone do minimum – na torze River Bank trzeba było wykonać spacer farmera z dwoma sztangami, po 40 kg każda, a na torze Boarding Operations trzeba było wleźć na sztormtrap oraz przeciągnąć worek z piaskiem. I to tyle. Serio.
Jak zwykle było dużo przeszkód do pokonania, piachu, błota no i nie mogło zabraknąć także wody. Na torze River Bank było jej tyle, że każdy zawodnik był mokry (dosłownie) od stóp do głów.
Ale wiecie, czego było więcej, niż zazwyczaj? Strzelania i „taktycznego kombinowania” oraz złośliwie poukrywanych celów. Aby więc zaliczyć zawody na przyzwoitym miejscu trzeba było strzelać celnie, być spostrzegawczym i mieć na tyle kondycji, by w szybkim tempie przejść (nie przebiec) poszczególne tory. I co? Ano to, że i tak cała masa uczestników nie dała rady dojść do końca torów – pod tym względem najłaskawszy był chyba Fire In The Hole, bo tam najwięcej zawodników wyrobiło się w limicie.
Bez dwóch zdań trzeba było strzelać dużo, w miarę szybko i celnie. Oraz trzeba było MYŚLEĆ, czyli nie walić odruchowo, a patrzeć, jak wiszą tarcze, jaki mają kolor, gdzie są poukrywane, czy są na nich dodatkowe oznaczenia czy nie, a także skąd można je ostrzelać. W skrócie – trzeba było podejść do tych zawodów naprawdę „taktycznie”, a nie wysiłkowo i wtedy można było liczyć na niezły wynik.
Zawody były także dość bezlitosną weryfikacją umiejętności zawodników – najwięcej problemów sprawiała wielu z nich... obsługa strzelby. Od razu było widać, kto zaniedbuje ten rodzaj broni w treningach.
Fajnie też testowany był sprzęt i to na kilku płaszczyznach – od jego wytrzymałości, przez konfigurację, po wykorzystanie. Zabawnie było patrzeć na zawodników wchodzących do pogrążonego w półmroku pomieszczenia z karabinkiem oszpejowanym „na bogato” w latarkę i wskaźnik laserowy, którzy mimo to męczyli się w masce przeciwgazowej, składając się do strzału z celownika optoelektronicznego, zamiast po prostu użyć lasera. Zapomnieli, że go mają, czy mają go po to, by ładnie wyglądał na zdjęciach?
Przyznać trzeba, że zmiana formuły zawodów była zaskakująca, ale wyglądało na to, że większości startujących to się po prostu podobało. Z czego to wynika? Podejrzewam, że z faktu namnożenia się zawodów „taktycznych”, o którym już wspomniałem – teraz, jak chcesz się najpierw uchetać, a potem strzelać, to po prostu lecisz na Tactical Games i już. Stąd pewnie pomysł na zmianę formuły Furii, który w naszej ocenie wyjdzie jej tylko na dobre. I oby organizatorzy wytrwali w tym postanowieniu.
Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 11-12/2025
