Czarna noc Lancasterów. Nalot na Berlin z 16 na 17 grudnia 1943 r. Część 1
Wojciech Holicki
Pod koniec marca 1944 roku brytyjskie lotnictwo bombowe zakończyło serię zmasowanych nalotów na stolicę III Rzeszy, rozpoczętą trochę ponad cztery miesiące wcześniej. Powietrzna bitwa o Berlin nie przyniosła zakładanego rezultatu, a liczba utraconych przez Bomber Command samolotów była zdecydowanie wyższa od założonej przez pomysłodawcę kampanii. Jedną z najgorszych nocy dla brytyjskich bombowców była ta z 16 na 17 grudnia 1943 roku, kiedy przyczyną ciężkich strat były nie tylko działania przeciwnika, ale i trudne warunki pogodowe.
Kiedy we wrześniu 1943 roku skapitulowały Włochy, a po wygranej bitwie pod Kurskiem Armia Czerwona udanymi ofensywami przesunęła front wschodni na zachód, w Londynie i Waszyngtonie zapanowała pewność, że pokonanie III Rzeszy to już tylko kwestia czasu. Ponieważ Stalin naciskał na jak najszybsze otwarcie drugiego frontu, a gabinet brytyjski wbrew opinii Amerykanów uznał, że ta wielka operacja wymaga jeszcze wielu miesięcy przygotowań, tymczasowym sposobem na wsparcie Rosjan miała stać się ofensywa bombowa zachodnich aliantów. Jej głównym orędownikiem był marszałek lotnictwa Arthur Harris, szef Dowództwa Bombowego (Bomber Command) RAF, który 3 listopada w liście do premiera Winstona Churchilla napisał m.in. […] możemy zrujnować Berlin od końca do końca jeśli dołączą do nas USAAF [Siły Powietrzne Armii Stanów Zjednoczonych]. Będzie nas to kosztowało 400–500 samolotów. Niemcy będzie to kosztowało wojnę.
W tym czasie armie alianckie we Włoszech mozolnie zbliżały się do linii Gustawa (na której ostatecznie utknęły na siedem miesięcy), więc perspektywa kapitulacji przeciwnika w rezultacie załamania morale cywilów, a tym samym uniknięcia kosztownej inwazji w zachodniej Francji, była kusząca. Ostatecznie, choć amerykańska 8. Armia Powietrzna nie była w stanie wesprzeć Bomber Command w rezultacie klęski drugiego nalotu na Schweinfurt (14 października utraciła 69 z 291 wysłanych B-17), a warunki pogodowe mogły się tylko pogarszać, Harris otrzymał zgodę na rozpoczęcie kampanii przeciwko Berlinowi. Wcześniej założył, że osiągnięcie celu będzie wymagało 20–25 nalotów i zrzucenia około 40 tys. ton ładunków bojowych.
W nocy z 18 na 19 listopada do ataku wysłano 440 Lancasterów. Cel był całkowicie przykryty chmurami, większość bomb spadła w rozproszeniu na południowe dzielnice miasta. Zniszczeniu uległy m.in. cztery obiekty przemysłowe i 169 budynków mieszkalnych, łączna liczba osób zabitych, zaginionych i rannych wyniosła 536. Straty własne wyniosły dziewięć maszyn, niewielu niemieckim myśliwcom nocnym udało się bowiem przechwycić Lancastery.
Nocą z 22 na 23 listopada do kolejnego nalotu wyznaczono 469 Lancasterów, 234 Halifaksy i 50 Stirlingów (maszyny tego typu po raz ostatni zostały wysłane nad Niemcy), czyli aż 753 bombowce ciężkie. Choć z powodu znów wiszących nad Berlinem chmur nie można było ocenić, czy oznaczenie celu udało się, największy jak dotąd nalot na stolicę III Rzeszy okazał się najskuteczniejszym podczas całej wojny. Dość zwarty obszar zniszczeń ciągnął się od centrum na zachód, aż do dzielnicy Spandau, a na kilku obszarach doszło do burz ogniowych. Zła pogoda nie pozwoliła na start większości niemieckich myśliwców, ale skuteczna okazała się obrona przeciwlotnicza, w rezultacie czego straty własne wyniosły 26 maszyn (3,4 proc.): 11 Lancasterów, 10 Halifaksów i pięć Stirlingów.
Następnej nocy do ataku tą samą trasą wyznaczono 365 Lancasterów i 10 Halifaksów. Do baz nie wróciło, głównie za sprawą myśliwców, 20 tych pierwszych, czyli 5,2 proc. użytych sił. Berlin ponownie był pod chmurami, więc wiele załóg celowało w łuny trwających jeszcze pożarów.
Ostatni nalot w listopadzie, w nocy z 26 na 27, wykonały 443 Lancastery, z których zestrzelonych zostało 28 (już 6,2 proc.), a 14 rozbiło się w Anglii. Tym razem chmur nad celem nie było, ale z powodu błędu w oznakowaniu ucierpiały głównie północno-zachodnie peryferia miasta.
Według raportu władz lokalnych ze stycznia 1944 roku, w listopadowych atakach zginęło 4330 osób, zniszczonych zostało 8701 budynków z ponad 104 tys. mieszkań i uszkodzonych kilkakrotnie więcej, w rezultacie czego dach nad głową na okres ponad miesiąca straciło prawie 418 tys. osób. Oprócz szeregu zakładów przemysłowych zniszczeniu lub poważnemu uszkodzeniu uległo wiele obiektów publicznych (m.in. słynne berlińskie zoo), sakralnych i urzędowych.
Pierwszy grudniowy nalot, w nocy z 2 na 3, nie poszedł dobrze. Do udziału w nim wyznaczono 425 Lancasterów i 15 Halifaksów, a ponieważ Niemcy szybko doszli do wniosku, że celem jest Berlin i błędnie prognozowane wiatry rozproszyły strumień bombowców, niemieckie myśliwce zrobiły swoje. W rezultacie do baz nie wróciło 40 maszyn (8,7 proc.), w tym 37 Lancasterów i po raz pierwszy jeden z pomocniczych Mosquitów. Na domiar złego wiatr spowodował, że samoloty oznaczające cele zrobiły to kiepsko i spora część bomb spadła na pola na południe od miasta. Rozproszone zrzuty stały za zniszczeniami w paru fabrykach i infrastrukturze kolejowej, stracili swoje mieszkania lokatorzy w tylko 136 budynkach. Równie niewielkie były straty w ludziach – 36 zabitych i 105 zaginionych.
Plusy i minusy
Ponieważ 5 grudnia zaczynała się pełnia księżyca, kolejny atak na Berlin mógł nastąpić za dwa tygodnie. Przez ten czas samoloty Bomber Command intensywnie minowały okolice Wysp Fryzyjskich, a nad kontynentalną Europę wysyłane były tylko Mosquity 8. Grupy oraz maszyny z ulotkami i ćwiczące walkę radioelektroniczną (WRE). W sztabie Harrisa panował optymizm. Choć chmury nad Berlinem nie pozwalały na wykonanie zdjęć zniszczeń, różnymi kanałami do Brytyjczyków docierały informacje, że były one na tyle duże, że zakładany rezultat nalotów, czyli spadek morale, powinien już następować. Ułatwiało to dowódcy Bomber Command trzymanie się swojego planu, wbrew krytykom utrzymującym, że lepsze rezultaty dałoby uderzanie w newralgiczne punkty przemysłu III Rzeszy.
Pełna wersja artykułu w magazynie Lotnictwo 9/2026
