Chiński pokładowy samolot dozoru radiolokacyjnego KJ-600

Chiński pokładowy samolot dozoru radiolokacyjnego KJ-600

Tomasz Szulc

 

Chińska Republika Ludowa dynamicznie rozwija potencjał Marynarki Wojennej, w tym w zakresie dużych okrętów lotniczych. W składzie grupy lotniskowcowej wymagane jest posiadanie nie tylko uderzeniowych statków powietrznych, ale również maszyn wspomagających budowę świadomości sytuacyjnej. Artykuł przedstawia właśnie taki projekt, związany z pokładowym samolotem dozoru radiolokacyjnego KJ-600.

Niemal od zarania militarnego zastosowania lotnictwa wiadomo, że o zwycięstwie decyduje nie tylko przewaga liczebna i techniczna, ale i sprawnie działające rozpoznanie. Informacji o nieprzyjacielu dostarczają zwykle naziemne punkty obserwacyjne, ale ogromne możliwości w tej dziedzinie mają samoloty dozoru radiolokacyjnego. Ich pole obserwacji jest większe, mogą też elastycznie dostosowywać się do zmieniającej się sytuacji taktycznej.

Lotniskowce są jednymi z najpotężniejszych okrętów wojennych. Są też niewątpliwie najbardziej uniwersalne, gdyż lotnictwo pokładowe może atakować cele powietrzne, morskie, lądowe, wspierać operacje desantowe, a same okręty mogą pełnić funkcje jednostek dowodzenia, a nawet uczestniczyć w pokojowych misjach ratunkowych, np. po wielkich klęskach żywiołowych. Aby jednak lotniskowce mogły w pełni wykorzystywać swoje możliwości, muszą dysponować rozbudowanym i różnorodnym zestawem statków powietrznych: samolotów, śmigłowców i, od niedawna, maszyn bezzałogowych.

Od początku swego istnienia, czyli od 1949 roku, Chińska Republika Ludowa nie objawiała „oceanicznych aspiracji”. Kontynuowała w ten sposób liczącą kilka tysięcy lat tradycję. „Państwo Środka” było bowiem „wielkim introwertykiem” – zamiast rozszerzać swoje wpływy, próbowało zamknąć się przed światem, czego aż nazbyt widocznym dowodem był Wielki Mur. Taka postawa władz Chin Ludowych miała i praktyczne podłoże: na rozbudowę potęgi morskiej brakowało bowiem przez prawie pół wieku sił i środków. W latach 60. w egzotycznej strategii „wojny ludowej” Mao Ze Donga pojawił się mimo tego element morski. Koncepcja „miliona dżonek” miała polegać na wysłaniu przez ocean miliona żaglowych łodzi, każda ze stu żołnierzami na pokładzie. Po osiągnięciu zachodniego wybrzeża USA wszyscy mieli się poddać, a konieczność zgodnego z Konwencją Genewską traktowania stu milionów jeńców miała doprowadzić do ekonomicznej ruiny „Wielkiego Papierowego Tygrysa”, jak pogardliwie nazywała Stany Zjednoczone chińska propaganda.

Tymczasem pierwszy zaprojektowany i zbudowany w Chinach statek handlowy dotarł w swym dziewiczym rejsie do Europy dopiero w 1974 roku, a Marynarka Wojenna dysponowała przez dekady niemal wyłącznie małymi, przybrzeżnymi jednostkami. Pierwszą istotną zmianą był zakup w Rosji na początku lat 90. czterech dużych niszczycieli projektu 956 i dwunastu konwencjonalnych okrętów podwodnych projektu 877/636. Kupiono też kadłub niedokończonego lotniskowca Wariag, choć na świecie nikt wtedy nie przewidywał, że miejscowe stocznie zdołają ten okręt wyremontować, a Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (PLAN) wcieli go do służby. Z pomocą rosyjskich inżynierów zaprojektowano duże fregaty projektu 054 i niszczyciele projektu 052. Później uruchomiono ich produkcję na skalę porównywalną tylko z ambitnymi programami US Navy.

Obecnie chińska marynarka dysponuje większą liczbą okrętów niż USA, ma jednak ciągle mniej niszczycieli rakietowych, dużo mniej atomowych okrętów podwodnych, a przede wszystkim brakuje jej lotniskowców. Dwie pierwsze jednostki tej klasy: Liaoning (dawny Wariag) i jego lekko zmodernizowany klon – Shandong, ciągle bardzo ustępują okrętom amerykańskim pod względem wyporności, liczby przyjmowanych na pokład samolotów, a przede wszystkim wskutek braku katapult startowych. Zastępuje je skośna rampa startowa, która jest spadkiem po radzieckiej przeszłości tego projektu. W ZSRR lotniskowce budowano w czarnomorskiej stoczni w Nikołajewie, a przejście jednostek tej klasy przez Bosfor było blokowane przez konwencję, którą wcześniej rząd ZSRR podpisał i potem musiał ją omijać, nazywając swoje okręty „ciężkimi krążownikami lotniczymi” i rezygnując z instalacji na ich pokładach katapult parowych.

„Pierwsze śliwki robaczywki”

Pierwsze próby samodzielnej budowy samolotu dozoru radiolokacyjnego w Chinach zakończyły się spektakularną porażką. Pozornie zabrano się do tego dość rozsądnie. Jako nosiciel został wybrany największy dostępny wówczas w Chinach samolot: bombowy H-4, czyli radziecki Tu-4, a jeszcze konkretniej kopia amerykańskiego B-29. Nieperspektywiczne silniki tłokowe zastąpiono turbośmigłowymi WJ-6, czyli radzieckimi AI-20, napędzającymi transportowe An-12 i pasażerskie Ił-18, których niewielką liczbę eksploatowano w Chinach. Na grzbiecie kadłuba zamontowano dużą, obłą osłonę, w której miała się znaleźć paraboliczna antena radiolokatora. Na tym dobra passa się skończyła: nowe silniki zakłóciły równowagę płatowca, a ogromna osłona radaru generowała w locie silne turbulencje, które przekształcały się w drgania całego kadłuba. Nie były to problemy niemożliwe do rozwiązania, ale nie potrafili tego zrobić niedoświadczeni, chińscy inżynierowie. Niepowodzeniem skończyła się także próba zbudowania odpowiedniego radiolokatora. Ostatecznie jedyny prototyp, oblatany podobno w czerwcu 1971 roku i nazwany KJ-1 (Kong Jing – powietrzne ostrzeganie), trafił do muzeum lotnictwa w Pekinie. Jego następca, bazujący na pasażerskim Y-11 (kopia amerykańskiego Boeinga 707) pozostał na papierze zapewne dlatego, że samolot-nosiciel okazał się konstrukcją zupełnie nieudaną.

Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 2/2026

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter