Błyskawica jak malowana

Błyskawica jak malowana

Maciej Tomaszewski

 

Wiele osób odwiedzających Okręt-Muzeum ORP Błyskawica zastanawia się, dlaczego jest tak dziwnie pomalowany. Inni dodają, że przecież na Bałtyku nie stosuje się takich barw – i mają rację.

W 2021 r. byłem konsultantem podczas ostatniego poważnego remontu dokowego Błyskawicy, w trakcie którego zmieniono malowanie. Ówczesnemu dowództwu 3. Flotylli Okrętów, dowodzonej wówczas przez kontradm. Mirosława Jurkowlańca (której niszczyciel formalnie podlega), oraz ówczesnemu dowódcy okrętu kmdr. por. Walterowi Jaroszowi zależało na tym, aby okręt przybrał wygląd z momentu konkretnego wydarzenia historycznego. Wybrano dzień 12 listopada 1942 r.

Wcześniej zarzucano sposobowi malowania Okrętu-Muzeum, że nie jest wierne prawdzie historycznej. Mocno bolało to marynarzy, bo przecież nie oni byli za to odpowiedzialni, ale na okręcie odwiedzający swoje uwagi kierowali właśnie do nich. Tym razem miało być inaczej – kamuflaż planowano odtworzyć idealnie zarówno pod względem kształtów barwnych plam, jak i odcieni kolorów. Zanim jednak opowiemy o remoncie i przemalowaniu (w dokończeniu artykułu w następnym numerze), przypomnijmy udział niszczyciela ORP Błyskawica w wydarzeniach z listopada 1942 r.

Operacja Torch

Jedną z odważniejszych decyzji podjętych przez aliantów w trakcie II wojny światowej było lądowanie w Afryce Północnej (operacja Torch). Plan był niezwykły, gdyż część sił desantowych przypłynęła na pokładach jednostek desantowych wprost ze Stanów Zjednoczonych. Priorytet stanowiło zmylenie i oszołomienie przeciwnika, bez czego lądowanie mogło zakończyć się klęską. W związku z tym siły, które wypłynęły z Wielkiej Brytanii, najpierw błąkały się po Atlantyku. Niemcy częściowo rozszyfrowali te plany, bo odkryli kilka płynących zespołów, dlatego zgromadzili wszystkie zdolne do walki U-Booty w rejonie Gibraltaru. Na szczęście nie dostrzegli sił amerykańskich płynących zza oceanu i nie poznali dokładnego celu operacji. Obawiali się desantu na Sycylii, ale rozważali też inne warianty, jak lądowanie na Korsyce, Sardynii lub w Libii. To rozproszyło ich uwagę. Aliantom udał się też inny wybieg w postaci oddania Niemcom na żer słabo chronionych statków konwoju SL.125 z Sierra Leone do Anglii. Widząc łatwy łup, U-Booty atakowały ten konwój zamiast siły desantowe.

Informacje o sytuacji w Afryce uzyskano dzięki polskiemu wywiadowi i tzw. Agencji Afryka, kierowanej przez płk. Mieczysława Słowikowskiego, ps. Rygor, który między majem 1941 a wrześniem 1944 r. był szefem Ekspozytury Oddziału II w Afryce Północnej z siedzibą w Algierze, gdzie działał pod przykrywką rentiera i wspólnika w przedsiębiorstwie produkującym płatki owsiane (które zresztą odniosło spory sukces komercyjny). Jako jego dyrektor handlowy za zgodą władz mógł rozsyłać swoich agentów handlowych po całej kolonii, a nawet do Francji, ci zaś zawsze przywozili dla niego ciekawe informacje. Oczywiście sposobów zbierania danych miał dużo więcej, a pomagała mu w tym jego żona. Po zakończeniu działań płk Słowikowski został odznaczony wysokim odznaczeniem amerykańskim Legion of Merit.

Niestety pośrednią ofiarą rozgrywki stali się Francuzi, którzy przyparci do muru, musieli ostatecznie zdecydować się, po której stronie stoją w tej wojnie. Historycznie wybory, jakich musieli wówczas dokonać, w ogromnym stopniu wpłynęły na przyszłość Francji. Trzeba więc odnosić się z szacunkiem do złych chwil, jakie wówczas przeżywali, i nie starać się ich usprawiedliwić ani zanadto ganić, ale zrozumieć ich rozterki. Wielu Francuzów nie potrafiło zapomnieć o bólu zadanym im w dniach 3–8 lipca 1940 r. w wyniku brytyjskiej operacji Catapult, kiedy zginęło ich prawie 1300, głównie w Mers el-Kébir. Brytyjczycy nie zdołali zneutralizować floty francuskiej, a jedynie nastawili przeciwko sobie część społeczeństwa francuskiego. W dużej części nadal chciało ono walczyć po stronie aliantów i odzyskać wolność, ale wielu ta wojna stała się obojętna. Francuzi stali więc w rozkroku i zastanawiali się: jak zachować honor?

Warto podkreślić, że francuskie siły Vichy w Afryce były znaczne, bo liczyły 125 000 żołnierzy, choć wielu wątpiło w ich jakość. Alianci doszli do wniosku, że propagandowe naświetlenie operacji Torch jako lądowanie Amerykanów, a nie Brytyjczyków będzie akceptowalne dla francuskiej opinii publicznej i wojska te nie powinny stawiać oporu. Tylko częściowo mieli rację. Z dostępnych sił 60 000 stacjonowało w Maroku, 50 000 – w Algierii i 15 000 – w Tunezji. Francuskie źródła oceniają te siły na znacznie mniejsze, a podawane liczby uwzględniały oddziały pomocnicze i paramilitarne o małej wartości. Dysponowały one 210 sprawnymi, ale przestarzałymi czołgami, lotnictwo zaś liczyło 500 samolotów, z tego 173 jeszcze w miarę nowoczesne Dewoitine D.520, ale już ustępujące maszynom alianckim, choć tylko tym bazowania lądowego. Wbrew pozorom mogło to mieć duże znaczenie, gdyż alianckie siły morskie miały na pokładach tylko 108 samolotów, a maszyny pokładowe ustępowały lądowym osiągami. Tymczasem niemal pewne było, że ostro zareaguje niemieckie i włoskie lotnictwo. Alianci dążyli więc do szybkiego opanowania i uruchomienia lotnisk na lądzie, aby przerzucić na nie własne jednostki lotnicze.

Aby osłabić opór Francuzów w Afryce Północnej lub całkowicie przeciągnąć ich na swoją stronę, próbowano intryg personalnych z gen. Charles’em de Gaulle’em, a później gen. Henrim Giraudem, ale okazało się, że nie mieli oni tam żadnego realnego uznania i wsparcia swoich rodaków. Udało się natomiast wciągnąć do współpracy francuski ruch oporu. Operacja rozpoczęła się 8 listopada i niestety część oddziałów zaczęła walczyć. Najbardziej tragicznie zakończyły się dwie operacje mające na celu bezpośrednie wejście okrętów do portów i ich zajęcie przez siły desantowe. Operację Reservist w Oranie przeprowadzono za pomocą dwóch slupów, w wyniku której zginęło 307 atakujących, a 250 zostało rannych, przy czym nieliczni ocaleni poddali się po dwóch dniach. Z kolei podczas operacji Terminal w Algierze, realizowanej przez dwa stare niszczyciele, zginęło 22 atakujących, a 55 odniosło rany; wszyscy, którzy się desantowali, trafili do niewoli. Okazało się, że w tych dwóch rajdach na porty alianci ponieśli prawie 30 proc. wszystkich strat w całej operacji Torch. Źle rozwijającą się sytuację lądujących aliantów uratował adm. François Darlan, który akurat przebywał w Algierze z prywatną wizytą. Miał duży wpływ na dowódców francuskich, dysponował też realną władzą w Państwie Vichy, brakowało mu jednak chęci do współpracy, nawet z Amerykanami. Podczas negocjacji prowadził podwójną grę, jednocześnie dopingując swoich podwładnych do oporu. Między innymi oskarża się go, że po jego liście doszło do otwarcia ognia do alianckich komandosów próbujących zająć port w Algierze. W końcu zagrożono zerwaniem rozmów i zastąpienia go gen. Giraudem. To, wraz z pogarszającą się sytuacją obrońców Algieru, sprawiło, że 10 listopada około południa Darlan nakazał siłom francuskim w Afryce wstrzymanie ognia i zachowanie neutralności, w efekcie czego walki ustały niemal natychmiast. W zamian alianci uznali Darlana za szefa sił francuskich w Afryce. W wyniku tajnego rozkazu Pétaina z 11 listopada, w którym nakazał on siłom w Tunezji stawienie oporu niemieckiej inwazji, Francuzi w Afryce realnie przeszli na stronę aliantów. Większość podporządkowała się tym zarządzeniom, inni ochoczo – często już wcześniej – przyłączali się do walki Niemcami i Włochami. Byli jednak też niezadowoleni, którzy zaczęli wycofywać się, by połączyć się z Niemcami w Tunezji. Co ciekawe jednak, francuskie opracowania na temat operacji Torch w dużo większym stopniu przypisują powodzenie aliantów działaniom francuskiego ruchu oporu.

W operacji uczestniczyło 350 okrętów i 500 transportowców, które dowiozły na brzeg 107 000 żołnierzy oraz ogromne ilości uzbrojenia i zaopatrzenia. Z tej liczby 35 000 żołnierzy amerykańskich na 100 transportowcach dotarło do celu bezpośrednio z USA. Trzeba podkreślić, że niemal całe lotnictwo alianckie w Europie starało się zapewnić bezpieczeństwo i wsparcie siłom desantowym – zarówno w czasie przejścia w rejon operacji, jak i w trakcie jej trwania. Problemem jednak okazał się nie opór lotnictwa francuskiego, które w większości dość szybko przeszło na stronę aliantów, lecz późniejsze zdecydowane działania bardzo doświadczonego oraz zdeterminowanego lotnictwa niemieckiego. Z powodu odległości od baz (tylko na Gibraltarze i Malcie) i szczupłości sił przez wiele godzin operacji morskie siły alianckie nie miały osłony z powietrza i poniosły duże straty od atakujących maszyn Luftwaffe. Tak było szczególnie 11 i 12 listopada w Bougie. Nadzieję stanowiło szybkie przejęcie francuskich lotnisk w Afryce.

Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 7-8/2026

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter